Przypowieść 3. Wyspa Ludzi-Nosorożców.

ROG 1

Archipelag  «My zawsze tak żyliśmy»

Dawno, dawno temu, w pozaprzeszłym wieku, żył sobie słynny i odważny podróżnik. Miał na imię Gules Verr. Mnóstwo krajów zamorskich odwiedził, niezliczoną ilość mórz przepłynął.

Gdy Gules Verr powrócił z kolejnej dalekiej wyprawy, przebywał w swojej rodowej posiadłości, oddając się  dolce far niente, obcując z rodzina i przyjaciółmi, odpoczywając od zamorskich wrażeń, nabierał sił na kolejne podróże. Pewnego razu, spacerując ulicami miasteczka, które odwiedzał czasem aby cos kupić lub po prostu spotkać dawno nie widzianych przyjaciół, przyszła mu do głowy dziwna myśl.  Odrywając się na chwilę od głównego wątku opowiadania, zaznaczyć należałoby, że znany podróżnik bardzo lubił tą grę – „śledzić pojawianie się  myśli”. Zabawa polegała na tym, żeby śledzić , jakby jako postronny obserwator za tokiem swoich myśli, odnotowywać moment ich pojawiania się, jak one jedna druga  zmieniają, czasem płynie i logicznie przechodzą z tematu na temat, a czasem – na odwrót – w dziwny i nieoczekiwany sposób przeskakują na wydawałoby się nijak nie związany temat … . Więc złapał się Gules Verr na myśli, że patrzy na mieszczan, niespiesznie przechadzających się po szerokich chodnikach ruchliwej handlowej ulicy, albo też spieszących się w jakichś tam swoich sprawach energicznym krokiem, patrzy-patrzy i widzi, że dziewięciu z dziesięciu dorosłych, szanownych mieszkańców, jego ziomków, ma coś wspólnego. A konkretnie – wystający brzuch. U jednych mały delikatny, ledwo zauważalny, u innych pokaźny solidny brzuch, u jeszcze innych – po prostu coś, wypierającego do przodu, co prości ludzie niezbyt ładnie ale dosadnie nazywają- „kałdun”. Przy czym statystyka ta dotyczy zarówno mężczyzn, jak i szanownych matron – kobiet w podeszłym wieku.

Żeby było sprawiedliwie, trzeba zaznaczyć, że sam Gules Verr był raczej chudy, a mięśni – które miał wyćwiczone od częstego wysiłku fizycznego, jakiego nie brakowało w podróżach czy to morskich czy lądowych, mógł mu pozazdrościć niejeden rówieśnik. A i załogę na swoim statku dobrał odpowiednio – wszyscy marynarze i oficerowie cieszyli wzrok atletyczną budową ciała i rzeźbą mięśni, widoczna pod brązową od tropikalnego słońca skórą. Nie było miejsca dla „mieszczańskich brzuszków” tam gdzie trzeba było szybko wspinać się po wantach, podciągając szoty lub wiosłować w szalupie.

Łapiąc się na myśli, że większość szacownych mieszczan ma takie dysproporcje budowy ciała i nikt nie uważa tego za nienaturalne, Gules Verr mimowolnie przypomniał sobie jedną z niezwykłych wysp, do której udało się mu dotrzeć swoją brygantyną kilka lat temu … .

Tę zagubioną w przestrzeniach oceanu niewielką wyspę zamieszkiwało plemię, które całkiem podobne było do ludzi, ale z małym (jeśli można tak się wyrazić) wyjątkiem. Tym „małym wyjątkiem” był róg. Tak, taka dziwna narośl podobna do rogu białego afrykańskiego nosorożca. Róg taki był praktycznie u każdego tuziemca. Rósł on prosto na czole i wywoływał dziwne uczucie u przybyszy – Gules Verra i jego towarzyszy. Co do reszty wyglądu – ludzie jak ludzie. Ale jednak gdy rzucisz spojrzenie na czoło  – … uświadamiasz sobie, że znajdujesz się w zagubionym, nikomu nie znanym zakątku świata.  Przy czym fenomen ten przejawiał się wśród wyspiarzy dorosłych, dzieci zaś miały wygląd całkiem normalny dla oka podróżników. Narośle różniły się: u niektórych dorosłych były to niewielkie guzowate narosty, u innych – całkiem wyraźny róg o długości cztery-pięć cali, u jeszcze innych – szpetny wielki róg długości powyżej stopy.  Niemniej jednak, słowo „szpetny” przychodziło na myśl tylko przybyłym na wyspę podróżnikom. Widać było, że aborygeni nie traktują swoich sterczących na czole narośli jako coś nienaturalnego, czym trzeba się martwić lub tego pozbyć. Jednak można było spotkać wśród wyspiarzy również pojedyncze kobiety i mężczyzn, którzy, tak jak większość dzieci, mieli czoło gładkie, nie oszpecone (oczywiście z punktu widzenia podróżnika) żadnymi naroślami. Były to tylko wyjątki od ogólnej „reguły” i nikt im za bardzo nie zazdrościł. Najwyraźniej, gładkie czoło na tej wyspie nie było uznawane za wzorzec piękna czy zdrowia.

Zdziwiwszy się kolejny raz różnorodnością okalającego Świata i nazwawszy między sobą wyspę „ Wyspą Ludzi-Nosorożców”, odważni podróżnicy obrali kurs na ojczysty brzeg.

Jeden komentarz na temat “Przypowieść 3. Wyspa Ludzi-Nosorożców.”

  1. Bardzo ciekawa opowieść. W ogóle przypowieści czy bajki w subtelny sposób zmuszają do zastanowienia.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s